sobota, 20 marca 2010

Prędko, prędko - makaron z warzywami i kiełbasą

Oto potrawa odpowiednia na dzień wiosennych porządków. Używamy do niej składników, które akurat wpadną w rękę i wychodzi coś bardzo dobrego, co nie wymaga ani wiele czasu ani specjalnej uwagi, a napełnia brzuszki.

garnek, olej

mały kawałek pora (posiekać rzucić na olej)

2 kiełbasy zwyczajne (pokroić w plasterki i do gara)

2 duże ząbki czosnku (posiekać i do gara)

30-50 dkg dyni (pokroić w małą koskę do gara)

pół cukini małej z ładną skórką (w ćwierć-plasterki i do...)

30 dkg makaronu rurki (wiadomo co)

2,5 szklanki wody (j.w.)

od tej pory gotować nie dłużej niż 15 min ale raczej tyle, ile napisano na opakowaniu makaronu


piątek, 19 marca 2010

Kukurydziane laddu - przysmak dzieci

laddu
Laddu to tradycyjne indyjskie słodycze, robi się je najczęściej z mąki cieciorkowej (besan). Tylko spróbujcie taką kupić poza Warszawą i Krakowem! Jeśli się uda - bardzo polecam jej użycie, bo jest pyszna. Dla wszystkich, poza szczęśliwcami z wielkich miast, wymyśliłam wersję kukurydzianą.
Ogromną zaletą dla niektórych może być to, że te kuleczki mają skład zbliżony do ciasteczek, a nie wymagają użycia piekarnika. Przepis na besan laddu (lub laddoo) znajduje się w każdej książce o kuchni indyjskiej. Są one najwyraźniej tak popularne, jak nasze pączki. Pamiętacie film "Czasem słońce, czasem deszcz"? Jednego z bohaterów przezywano w dzieciństwie Laddu (przepadło w tłumaczeniu niestety, ale słychać w piosence), bo był mocno pączusiowaty.
A oto moja wersja tych słodziutkich kuleczek:

KUKURYDZIANE LADDU

20 dkg mąki kukurydzianej (ok. 1 1/2 szklanki)
1 kostka masła (dobrej jakości)
ok. 10 dkg cukru pudru (1/2 szklanki, można troszkę więcej)
1/2 łyżeczki mielonego kardamonu

W garnku powoli stopić masło, dodać mąkę i stale mieszając prażyć 15 - 20 minut na niezbyt dużym ogniu, dodać kardamon i poprażyć jeszcze 2 minuty. Zdjąć garnek z ognia, dodać cukier i starannie wymieszać. Po lekkim przestudzeniu formować kuleczki. Uwaga: początkowo może się to wydawać trudne, bo przy zbyt silnym nacisku rozpadają się. Trzeba wyczuć jaką ilość masy jest nam najwygodniej formować w dłoni, żeby nacisk był równomierny - komuś może być łatwiej lepić duże laddu, wielkości mandarynki, a mnie wychodziły jak małe włoskie orzechy. Po odłożeniu w chłodne miejsce kulki twardnieją i już nie mają skłonności do rozpadania się.

To najprostsza wersja, ale przepisy są różne. Wiele z nich poleca dodatek wiórków kokosowych, mielonych lub siekanych orzechów, migdałów, różne aromaty i przyprawy (wanilię, cynamon), czasami bakalie. Wypróbowanym przeze mnie dodatkiem jest masło z orzeszków ziemnych (1-2 łyżki), przypuszczam, że tahini czy prażony sezam też byłyby dobre. Do słodzenia można użyć podobno fruktozy, lecz ja nie eksperymentowałam na razie. Można też zrobić laddu z pure grochowego, ze zmielonego w młynku do kawy grochu, a nawet ze zwykłej mąki. Wybrałam kukurydzianą, bo mi konsystencją przypominała mąkę z ciecierzycy i faktycznie - kuleczki bardzo podobnie rozpadają się na języku, jednak smakiem nieco ustępują tym cieciorkowym (które kiedyś robiłam). Może jednak dla dzieci są nieco lżej strawne takie kukurydziane, a że dzieciom smakują, to udowodnione!

środa, 17 marca 2010

Galaretka na cześć św. Patryka



Zdjęcie po ćmoku robione, to i zieloności nie widać za bardzo, a jest to zielona agrestowa galaretka (fabryczna), rozpuszczona w połowie zalecanej ilości wrzątku i mocno ubita (zmiksowana) - zrobiła się prawie biała i tak lekka, że trudno ją było nakładać na talerzyki. Ale pożarli i do światła dziennego nic nie dotrwa. Ta plama/kleks to adwokat dodany do smaku.
Pomysł ubicia galaretki bez niczego (mleka, śmietany) spotkałam kiedyś na pewnym blogu, którego teraz znaleźć nie mogę, żeby linka dać, więc zadowolona jestem, że wtedy podziękowałam w komentarzu.
Problem tylko w tym, że tamta zachowała kolor i przejrzystość stając się pianką, więc pewnie swoją zaczęłam ubijać za wcześnie (jeszcze nie zastygała) i utłukłam zbyt mocno - jest tak lekka, że jej kawałki niemal fruwały w powietrzu ;)

wtorek, 16 marca 2010

Zielona zupa odchudzająca


Od razu spodobała mi się zielona akcja, więc bez namysłu się do niej przyłączyłam. Uważam, że powinny być jeszcze akcje w innych kolorach - we wszystkich po kolei! :D
Wiem, wiem, że tu chodzi o Irlandię, jej symbol i św. Patryka. Może chodzi też troszkę o wiosnę i to, że tej zieloności tak mało na razie, a taka pożądana.
Chciałam zrobić zupę z pokrzywy albo lebiody, którą dawniej na przednówku robiły śląskie gospodynie, ale najwyraźniej na te przysmaki jeszcze za wcześnie :( Na szczęście są dyżurne słoiczki łypiące na mnie z szafki, więc powstała nieśmiertelna szczawiowa. Była już tutaj wprawdzie (w towarzystwie innych zup), ale teraz prezentuję wersję bardziej dietetyczną: na chudym mięsku i bez śmietany, za to z mnóstwem zieloności.

DIETETYCZNA SZCZAWIOWA
1/2 kg chudego mięsa (najlepiej wołowego, ale ja wzięłam chudy kawałek łopatki wieprzowej, myślę, że może być też kurczak)
1 łyżeczka przyprawy warzywnej
kawałek obranego korzenia imbiru
2 ząbki czosnku
1 mała obrana cebula
2 łyżki suszonej włoszczyzny
1 mały słoiczek - 200 ml - siekanego duszonego szczawiu (do kupienia w niektórych spożywczych lub z letnich zapasów)
mielony pieprz (opcjonalnie)

Mięso i pięć kolejnych składników gotuje się długo (ok. 2,5 godziny) w małej ilości wody, żeby powstał esencjonalny wywar, który przecedzamy otrzymując ok. 1,5 litra płynu, który należy schłodzić i zebrać ewentualny tłuszcz zastygnięty na powierzchni. To jest zasadnicza różnica między szczawiową normalną lub nawet optymalną, a szczawiową dietetyczną, w sensie diety ograniczającej tłuszcz - normalna jest na tłustym mięsie i tłuszcz zostaje, a nawet dodaje się czasem skwarki.
Do otrzymanego wywaru dodajemy szczaw i zagotowujemy. Przyprawiamy pieprzem (niekoniecznie). Większość ugotowanego mięsa należy zjeść jako inne danie (dietetyczne), a spory jego plaster drobno kroimy i wrzucamy do zupy z powrotem. Dla siebie odlewamy porcję zupy, a normalnie żywiącej się rodzinie podajemy ją z ryżem lub lanym ciastem (1 jajko roztarte z łyżką mąki i wlane strużkami na gotującą się zupę) i kleksikiem kwaśnej śmietany.



No i proszę - tak wykombinowałam, że moja szczawiowa pasuje do trzech akcji! :D

poniedziałek, 15 marca 2010

niedziela, 14 marca 2010

W krainie czarów



- Jestem... Jestem małą dziewczynką - powiedziała Alicja z pewnym powątpiewaniem, przypomniawszy sobie ilość przemian, które przeszła tego dnia.
- Rzeczywiście, bardzo prawdopodobna opowiastka! - powiedział Gołąb głosem pełnym największej wzgardy. - Widywałem wiele małych dziewczynek swego czasu, ale ani jednej z szyją taką jak ta! Nie, nie! Jesteś wężem i nie ma celu zaprzeczać. Przypuszczam, że za chwilę powiesz mi, że nigdy nie zjadłaś ani jednego jajka!
- Jadłam jajka, przyznaję - powiedziała Alicja, która była bardzo prawdomównym dzieckiem - ale małe dziewczynki jadają tyle samo jajek, ile węże, jak wiesz.
(Lewis Carroll Przygody Alicji w Krainie Czarów, przełożył Maciej Słomczyński)

JAJKO W GNIAZDKU

składniki:
1 duże, świeże jajko
1 czerstwa bułeczka
cienki plasterek żółtego sera
keczup (niekoniecznie)
zieleninka (niekoniecznie)
sól, pieprz (niekoniecznie)

wykonanie:
1. Nagrzewamy piekarnik do 150 stopni. Włączamy opiekacz.
2. Odcinamy wierzch bułki i wydrążamy wnętrze (okruchy mogą być zużyte do mielonych lub zagęszczenia sosu).
3. Lekko rumienimy bułeczkę pod opiekaczem, wyjmujemy i wbijamy do niej jajko, solimy, pieprzymy, przykrywamy plasterkiem sera i na powrót wkładamy do piekarnika.
4. Kiedy białko jajka się zetnie, co trwa trochę dłużej niż na patelni (sprawdzić przez poruszanie bułką), wyjmujemy, posypujemy siekaną zieloną pietruszką, cebulką lub szczypiorkiem, skrapiamy keczupem i podajemy na talerzyku z łyżeczką do wybrania płynnego żółtka. Mniam!
Przygotowanie większej ilości takich bułek z jajkiem zajmie tylko trochę więcej czasu, więc potrawa może być podana na śniadanie gościom, nawet jeśli nie są ani wężami, ani małymi dziewczynkami.

piątek, 12 marca 2010

Ciastka za 71 punktów


Oto jedne z ciasteczek pieczonych z okazji Dnia Gier Planszowych, o których obiecałam napisać. Moją inspiracją był przepis z książki "Ciasteczka" (wyd. Astrum 1993r.), a głównie ładne zdjęcie ciasteczek z wyciętą dziurką w kształcie gwiazdki (skąd wziąć tak malutką foremkę?!) - w dziurkach widać błyszczące nadzienie z wiśniowego dżemu. Kilka razy widziałam też takie piękne wypieki z kuszącą dziurką w kształcie serca, gwiazdki lub okrągłą u koleżanek blogowiczek i pozazdrościłam ;) Moje ciasteczka są o wiele brzydsze, ale też smakują wybornie! Zwłaszcza, że nadziałam je konfiturą z róży i marmoladą pomarańczową. Mam też zwyczaj nieco bardziej je rumienić, bo nie lubię bladych. Nie użyłam też proponowanego w książce aromatu migdałowego; mam swoje sposoby "perfumowania" ciast.

składniki:
2 1/2 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru
kostka masła
1 jajko
1/4 łyżeczki sody
1/4 łyżeczki soli
2 łyżki mleka (niekoniecznie)
1 łyżeczka otartej skórki cytrynowej
2 krople aromatu arakowego (niekoniecznie)
po kilka łyżeczek ulubionych konfitur, dżemu lub marmolady, najlepiej w ładnym, żywym kolorze; ja wybrałam tartą różę i marmoladę pomarańczową.

wykonanie:
Z wszystkiego z wyjątkiem dżemu zagnieść trzeba ciasto: mąkę zmieszać z solą, sodą, cukrem, zarobić ze zmiękczonym masłem, potem dodać resztę - mleko może nie być konieczne, jeśli ciasto jest luźne, ale niektórzy dają samo żółtko zamiast całego jaja i wtedy trochę wilgoci może być przydatne. Każde tego typu ciasto (kruche) lubi sobie "odpocząć" po najdokładniejszym nawet wyrobieniu; można odłożyć je tylko na pół godziny, ale można też zawinąć w woreczek i przechowywać w lodówce kilka dni.
Potem należy podzielić ciasto na dwie części i rozwałkować na grubość 3 mm. Następnie powycinać krążki szklanką, literatką lub kieliszkiem do wina, poukładać je na lekko natłuszczonej lub pokrytej papierem pergaminowym blasze i na każdym położyć łyżeczkę marmoladki. Z pozostałego ciasta wycinamy takie same krążki, nacinamy kilka razy tworząc "X" lub gwiazdę lub kratkę, co tam wyjdzie i nakładamy na te na blasze. Widelcem dociska się brzegi ciastek, żeby się połączyły, a jak się nie chcą przylepiać, to można posmarować brzegi białkiem jajka lub wodą.
Komuś może być wygodniej zlepiać ciasteczka palcami trzymając je w rękach - też można: bierzemy cały krążek, smarujemy brzeg jajkiem za pomocą palca, nakładamy łyżeczkę konfitur, przykrywamy naciętym krążkiem, zlepiamy jak pieróg i kładziemy na blachę.
Piec należy w temperaturze 175 - 180 stopni, ale czas naprawdę zależy od piekarnika. Moja książka podaje 11 - 13 minut, a ja piekłam 15, a może nawet dłużej.
Warto spróbować różnych odmian ze wszystkimi ulubionymi dżemami, a do ciasta spokojnie można dać cukru waniliowego zamiast skórki cytrynowej czy aromatu.