czwartek, 14 stycznia 2010

Bluźniercze ciągutki























Od początku roku, wobec tej aury zimowej chyba, mam grzeszną chęć na słodycze. Raz po raz znajduję coś na blogach i wypróbowuję na sobie. Trochę pozwalam też zjeść mężowi i dziecku ;) o ile to nie jest dla nich przysmak zbyt egzotyczny. A takim okazały się glutowate ciągutki, na które przepis znalazłam w Misz Maszu, gdzie zwane są mordoklejkami, a które wyszły mi jednak trochę inaczej (no i bez czekolady zrobiłam).
Ciągnąca konsystencja kojarzy się jak najgorzej, ale nie zalepia buzi zbyt dokładnie, toteż po pierwszej natychmiast pakuję do buzi kilka następnych grudek słodkiego zła. Wczoraj odkryłam, że są pyszne z masłem fistaszkowym; smakują jak firmowy batonik.
Przepis jest w zasadzie ten sam, jak u Marghe, lecz w moich jest łyżka syropu klonowego zamiast złotego syropu (nie chciałam napoczynać całej puszki) i cukier trzcinowy zwany "złotym" właśnie, a nie ten całkiem brązowy. Za to odrobinę mi się przypaliły i mają mocno karmelowy smak.
Summer Fun Cthulhu poleca!

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Teraz misiu ;)


Od dawna byłam ciekawa, jak to smakuje, a będąc w "ciepłych krajach" nie miałam czasu spróbować ^-^
Moje tiramisu jest kompilacją przepisu mojej koleżanki Joasi oraz Kuby, co pichci z moimi dzikimi fantazjami smakowymi. Okazało się dość winne w smaku, z powodu serka Turek kupionego na wagę w pewnym supamaka. Przepisu nie będę tu powtarzać za Kubą, nadmienię tylko, że likier był ten, co trzeba, glazurowane biszkopty również (nawet na ich opakowaniu było zdjęcie porcji tiramisu) ale z wina zrezygnowałam, za to do kremu dodałam nieco likieru "Vaječný cream" (czeski odpowiednik adwokata). Deser jest równie dobry w dniu przygotowania jak dnia następnego. Skąd nazwa "teraz misiu"? Przyniósł ją skądś mój mąż, a że podobno tiramisu znaczy "poderwij mnie", to jakoś mi spasowało określenie czasu. Do kupy wychodzi "Poderwij mnie TERAZ, misiu!" :D
Wiem, bardzo śmieszne ;D
tiramisu


niedziela, 10 stycznia 2010

Przyjaciółki zmarzluchów :)

ZUPY - zło konieczne, jak powiada mój syn. Gada, gada, ale w mroźny dzień zupkę zjada. Szczególnie mięsną, sycącą z wieloma smakowitymi śmieciami. Dziś słów kilka o tym, jak mieć zawsze ciepłą zupę w domu nie przepracowując się zbytnio.
Przede wszystkim warto poświęcić kilka godzin raz na dwa tygodnie na zrobienie dużej ilości "bazy" do zup. Bazą może być zwykły rosół drobiowo wołowy - polecam do zup delikatniejszych, albo wywar warzywno wieprzowy - tańszy i idealny do zup o wyrazistym smaku. Mając takie "bazy" w pogotowiu, nalane do słoików na gorąco, zakręcone twistem, żeby "chwyciło" i trzymane w lodówce (wieprzowe nawet 2 tygodnie, drobiowe lepiej zamrozić w plastikowych pojemnikach), możemy robić codziennie inną zupę i rodziny nie zanudzać.
Dzisiaj polecam trzy z takich "szybkich" zup: przaśną, kwaśną i orientalną.

ZUPA ZIEMNIACZANO FASOLOWA PRZYPRAWIONA KARI
Wystarczy zagotować wywar z pokrojonymi w dużą kostkę ziemniakami i łyżką przyprawy curry, a jak ziemniaki dochodzą, dorzucić pół puszki fasoli. Dodatkowo okrasiłam i upiększyłam ją podsmażonym boczkiem (można na nim zrobić zasmażkę z łyżeczki mąki), drobniutko pokrojoną ostrą papryczką i dodaną na sam koniec gotowania zieloną cebulką. Zagęściłam odrobiną pokrojonych warzyw z gotowania wywaru. Śmietana jest pożądanym dodatkiem do tej zupy.


ZUPA SZCZAWIOWA PRZEPIS MOJEJ TEŚCIOWEJ
Do tej zupy należy koniecznie dodać mięso obrane z kości, na których gotował się wywar i pół słoika duszonego szczawiu, który ja otrzymuję od teściowej z jej własnej uprawy, a który można kupić w dobrze zaopatrzonym sklepie osiedlowym. Niezbędnym dodatkiem jest jajko gotowane na twardo (można układać na talerzach i zalewać zupą lub posiekać wszystkie i wrzucić do garnka) oraz nieco kwaśnej śmietany. Podajemy tę zupę w towarzystwie ziemniaków okraszonych skwarkami lub smażoną cebulą, które je się jednocześnie z zupą.

ZUPA MISO WEDŁUG PORAD BRUCZKOWSKIEGO
Odważyłam się zrobić tę zupę po przeczytaniu "Bezsenności w Tokio" Marcina Bruczkowskiego i okazała się smaczna. Powinno w niej się znaleźć się nieco świeżego mięsa np. plaster schabu, pół piersi z kurczaka lub befsztyk drobno pokrojone rzucamy do garnka na łyżkę tłuszczu, jak tylko się zetnie, zalać rosołem i dodać trzeba warzywa - garść mrożonej "włoszczyzny krojonej w paski" może być, łyżka już ugotowanej drobnej fasolki mung albo innego rodzaju, posiekany seler naciowy i mini kolby kukurydzy ze słoiczka, pieczarki. Pod koniec gotowania dodaje się łyżkę pasty lub proszku miso i to cała jej "orientalność". Literatura kucharska nie zaleca gotowania już w tym momencie, ale ja wolę przegotować to miso, które było konfekcjonowane przez firmy polskie, bo wiadomo, że musieli odhermetyzować oryginalne opakowanie.
W przeciwieństwie do dwóch poprzednich ta zupa jest lekka i raczej nie może stanowić obiadu sama w sobie, ale jest dobrym jego początkiem.

środa, 6 stycznia 2010

Niekoszerny kugiel


Cóż, koszerny być nie może, bo wykonany przez gojkę w nieżydowskiej kuchni, gdzie surowe zasady kaszrut - religijnej czystości, nie mogą być zachowane. Nawet naczynie użyte do zapiekania to nie kugiel prawdziwy - gruba, pewnie ceramiczna, brytfanna, ale zwykła blaszka na ciasto. Ale kugiel jak najbardziej żydowski, przepis z książki Lee Gold, amerykańskiej koszernej Żydówki, ale oczywiście zmodyfikowany.
Kugle mogą być różne, bo jest to cała grupa potraw, które łączy sposób przyrządzania: długie zapiekanie w niezbyt wysokiej temperaturze, najlepiej pod przykryciem. Potrawy tego typu Anglicy nazwaliby zapewne puddingiem. Dla mnie to rodzaj zapiekanki. Pobożne Żydówki wymyśliły ją zapewne po to, aby pogodzić zakaz wszelkiej pracy w czasie szabasu i konieczność zjedzenia czegoś ciepłego. Oczywiście Żydówki aszkenazyjskie (Europa Środkowa i Wschodnia), bo Sefardyjczycy (Południowa Europa, Bliski Wschód) mieli ciepło i w sobotę jedli zapewne oliwki z chlebem.

KUGIEL Z KLUSEK I SERA

składniki:
25 dkg makaronu jajecznego (wstążki lub nitki)
6 dkg masła (ok. 1/4 kostki) roztopionego
ok. 10 dkg cukru (1/2 szklanki)
25 dkg (1 szklanka) śmietany
25 dkg białego sera zmielonego lub roztartego
(zamiast 2 powyższych składników może być 1/2 kg serka śmietankowego do wypieków)
4 jajka
cukier waniliowy do smaku (1 łyżeczka wystarczy) lub skórka cytrynowa otarta z jednej cytryny
na przybranie: brązowy cukier, płatki migdałów, trochę masła
oraz trochę masła do wysmarowania formy

wykonanie:
1. kluski vel makaron ugotować al dente w osolonej wodzie
2. w duuużej misce zmieszać pozostałe składniki (z wyj. przybrania) i wymieszać z makaronem
3. wysmarować masłem naczynie do zapiekania (brytfanna, blaszka, co tam macie) i włożyć tam masę kluskowo-jajeczno-serową
4. połączyć migdały, brązowy cukier i masło i rozsmarować na wierzchu zapiekanki (tak mowi oryginalny przepis, ja posypuję równo najpierw platkami migdałów, potem cukrem, a masło rozkładam w postaci ustruganych płatków)
5. piec 1 godzinę w temperaturze 180 stopni

I moja zasadnicza modyfikacja: robię to zawsze z podwójnej ilości, bo jest pyszne! Daję wtedy zarówno twaróg i śmietanę jak i wiaderko serka śmietankowego. Osobiście wolę z makaronu nitki niż z klusek wstążkokształtnych; konsystencja jest bardziej jednolita. Bardziej mi odpowiada aromat waniliowy niż cytrynowy.

Kugiel można jeść zaraz po upieczeniu, można na zimno jak ciastko (wygląda lepiej pieczony w prostokątnej dużej blasze i krojony na kwadraty), można również odgrzać w mikrofalówce lub na patelni na odrobinie masła.

Na zdjęciu jest KUGIEL KOKOSOWY - BARDZIEJ DIETETYCZNY bez masła i śmietany

składniki:
1/2 kg makaronu "krajanka"
1/2 kg twarogu
1 puszka mleka kokosowego (250 ml)
6 jajek
do przybrania: grubo starty kokos, biały cukier

wykonanie: jak powyżej. Niestety jest trochę suchawy jak to zwykle potrawy dietetyczne ;) Należy go popić mlekiem.



Wersja pierwsza, kugiel oryginalny - z masłem i śmietaną - jest znacznie lepszy i tej wersji będę się trzymać! :D
Korci mnie, żeby dla żartu dodać ten przepis do akcji Z widelcem przez kuchnię obu Ameryk, bo przecież Żydów w Stanach Zjednoczonych jest mnóstwo, a książka, z której kuchnię koszerną poznałam jest książką amerykańską, ale chyba dam sobie spokój z wygłupami (na jakiś czas).

wtorek, 5 stycznia 2010

Śledzie po śląsku

śledź harynek
Tego harynka* zrobiłam wg przepisu z książki Wery Sztabowej "Krupnioki i moczka czyli gawędy o kuchni śląskiej", tylko bez boczku, bo jak go kupowałam to nie wiedziałam jeszcze jak będzie przyrządzony i o żadnej wędlinie nie pomyślałam.
W trakcie przyrządzania zapomniałam też dodać śmietanę, więc mój śledź jest zwarty i można go śmiało użyć jako pasty do kanapek. Trzeba być smakoszem, żeby to lubić; wielu odrzuca sam zapach śledzi, ale jak już człowiek polubi, to ma wiele radości z tej pożytecznej a skromnej rybki.
Jajeczna ozdoba jest moim własnym pomysłem, a robiąc ją śpiewałam (nie wiem, dlaczego): Les petits poissons dans l'eau nagent, nagent, nagent, nagent, nagent, Les petits poissons dans l'eau nagent aussi bien que les gros!
A tak powinno to być wykonane:
50 dkg (ja miałam 2 dorodne) solonych śledzi wymoczonych porządnie, obranych ze skórki i pozbawionych ości
3 jajka na twardo
15 dkg kiełbasy lub wędzonego boczku
1 duża cebula posiekana (miałam tylko 1 małą)
1 szklanka śmietany
siekana zielona pietruszka (nie miałam, więc nie dałam i już)
Wszystko to razem trzeba zmielić i wymieszać. Ja użyłam blendera, ale nie radzę, bo drobne ości (zawsze jakieś zostają) owijają się wokół noża i można zniszczyć urządzenie; lepiej zmielić w maszynce do mięsa, jeśli się ją ma.
Podaje się to do ziemniaków w mundurkach z masłem. Jest słone i bardzo... rybne.
Była to dawniej na Śląsku potrawa postna (ciekawe, że z boczkiem lub kiełbasą), ale do mnie się ten tłusty śledź na stoisku rybnym tak uśmiechnął... tak wołał "zjedz mnie, zjedz!" że musiałam go sobie przyrządzić. Chłopy zjadły, bo nie miały wyboru ;)
Na przekąskę karnawałową z chlebkiem pełnoziarnistym nadaje się ten harynek świetnie!
* tak ponoć mówią gdzieś na Górnym Śląsku wg W. Sztabowej, spodobała mi się ta nazwa; przypuszczam, że to zniekształcone niemieckie słowo hering - śledź

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Najprostsze i najtańsze krewetki z porem i cukinią


Danie na co dzień, niezbyt wykwintne, ale zadowalające miłośników krewetek bez konieczności rujnowania się na składniki ;) I dziecinnie łatwe do przyrządzenia; nie da się tego zepsuć!

trzeba nam:
20 - 30 dkg (kilka garści) mrożonych krewetek koktajlowych
1/2 małej, zdrowej cukinii z ładną skórką
1/2 pora (biała część)
1 - 2 ząbki czosnku
uczciwa szczypta imbiru w proszku
sos rybny (niekoniecznie, może być sojowy)
2 łyżki oleju do smażenia
gotowany ryż do podania

co robimy:
- rozmrażamy krewetki (polać ciepłą wodą - będzie szybciej)
- umyte warzywka kroimy: cukinię na ćwierć-plastry, pora na plasterki bądź półplasterki
- drobniutko siekamy czosnek
- na patelni smażymy pora z czosnkiem, dosłownie przez momencik, niech tylko zmięknie
- dodajemy cukinię i tę również tylko przemieszać proszę, aby nie straciła jędrności
- następnie krewetki, mieszać, mieszać! Niech przejdą aromatem czosnku.
- w tym momencie posypać imbirem
- a potem doprawić sosem rybnym bądź sojowym.

Nie dopuścić, żeby cukinia zmiękła, a krewetki stwardniały, ale jeśli się tak stanie to też zjedzcie, a następnym razem smażcie jeszcze krócej!
Jedzcie pałeczkami, żeby nie zniknęło za szybko ;D Najlepiej to smakuje z ryżem uparowanym na sposób chiński lub japoński. A o sposobach gotowania ryżu - obiecuję - opowiem innym razem.

piątek, 1 stycznia 2010

Jagnuggets'y - ulubiona przekąska mojego syna

nuggets
Które dziecko nie lubi fast foodów? I która matka w końcu nie ustąpi kupując mu "tylko wyjątkowo" jakiegoś hamburgera czy hot-doga? Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. Na szczęście jest na to sposób: od czasu do czasu zrobić fast fooda w domu. Wtedy, po pierwsze, wiemy z czego jest, a po drugie możemy "odczarować" pokusę i powab jedzenia "innego niż w domu".
Tak powstały jagnuggets - malutkie kąski piersi z kurczaka, posolone i przyprawione czosnkiem, panierowane kolejno w mące, rozbełtanych jajach i bułce tartej, a następnie usmażone na złoto-brązowo w głębokim tłuszczu i nieco odsączone z owego tłuszczu na papierowych ręcznikach (jak by ktoś nie zauważył, to przydługie zdanie jest kompletnym przepisem na tę przekąskę).
Zdrowe to specjalnie nie jest - sporo tłuszczu złączonego z węglowodanami w jednym daniu, ale młodym organizmom to jeszcze tak bardzo nie szkodzi, za to możemy wcisnąć niejadkom trochę białka nieco solidniejszego niż to z pudełka serka o dziwnej nazwie ;) Nie bez znaczenia jest za to cena produktu w tzw. "restauracjach" w porównaniu do kosztorysu domowej potrawy:
(w ilości imprezowej)
- 1 kg piersi z kurczaka 13 zł
- olej do smażenia 5 zł
- 3 jajka 1,20 zł
- bułka tarta 2 zł
- sól, przyprawy, trochę mąki - to zawsze jest w domu, więc nie liczę
Efektem - wielki stos złocistobrązowych "orzeszków", których nazwę strawestowaliśmy kompilując z pierwszą sylabą nazwiska ;)
Oczywiście na jedną kolację dla małych dzieci robi się dużo mniej, więc nie kosztuje prawie nic!

Jeszcze jedna zaleta takiego prostego i smakowitego jedzonka: łatwo zachęcić młodego człowieka do pomocy w kuchni i bezbolesnej nauki gotowania.


Przepis dodany do akcji Kuchnia świąteczna i noworoczna.