środa, 24 lutego 2010

Śledzie mojego taty


Taki obrazek pamiętam z dzieciństwa: siedzi sobie tata w kuchni i powoli, dokładnie sieka cebulkę na drobno. Na sałatkę pomidorową, na syrop cebulowy, a czasem do śledzia. Śledzia robił tata, bo mama - wychowana w zupełnie innej tradycji kulinarnej, dwumetrowym kijem by go nie dotknęła ;D Mnie i siostrze śledź smakował. Siostra, jak dorosła, zaczęła robić podobnego śledzia i przynosiła mi trochę, ale ten tutaj jest mój.
Potrzebne 2 dorodne solone śledzie, które trzeba dobrze wymoczyć (można na noc w zimnej wodzie zostawić), 2 drobno pokrojone cebule i dużo oleju lub oliwy. Ja zapachu oliwy nie lubię, więc daję olej.
Śledzie trzeba odfiletować, obrać ze skórki i pokroić na dzwonka. Jak ktoś chce sobie uprościć, to niech kupi już odfiletowane matiasy, ale nie będzie miał frajdy z wyjadania ikry (mmmniam!). Wymieszać z cebulką, której musi być dużo, śledź ma przejść jej zapachem, zalać olejem lub oliwą i zostawić do przegryzienia się na drugi, a nawet na trzeci dzień. Powinien być przyciśnięty. Pamiętam, że tata układał go w jakimś naczyniu, wkładał tam talerzyk i coś ciężkiego na nim kładł; wynosił do spiżarki (takie małe nieogrzewane pomieszczenie przy kuchni, bardzo praktyczne). Mojego śledzia upchnęłam w słoiku i przechowuję w lodówce.
Tej cebuli i oleju można potem nie jeść - wystarczy trochę kawałeczki ryby otrzepać. Po odpowiednio długim macerowaniu, śledzia kładziemy np. na kanapki z czarnego chleba posmarowane masłem, robimy z niego koreczki albo podajemy jako sałatkę. Jest to pyszna, słona przekąska, przystawka do mięsnego obiadu lub zakąska do zimnej wódki. Równie dobry z ziemniakami w mundurkach jako postny obiad.
Przepis, który podała mi siostra, jest tak prosty, jak tylko może być. Dlatego nie będę sobą, jeśli następnym razem nie dorzucę liścia laurowego i kilku ziarenek ziela angielskiego oraz pieprzu.
No, ledwie zdążyłam skończyć jeszcze w Śledziowym tygodniu!

sobota, 20 lutego 2010

Spirale czekoladowo waniliowe


Właściwie upiekłam wczoraj ciasteczka z orzeszków ziemnych, bo mnie bardzo "wołały", ale napiszę o nich później. Jak ma być koniecznie w ten weekend o czekoladowych ;) to mam tylko takie skromne ciasteczka waniliowo czekoladowe. Upieczone już tydzień temu i dobrze w puszce schowane na pewną okoliczność, o której niebawem opowiem. Dzisiaj będzie ich niespodziewana premiera na blogasku ;)

CIASTECZKA WANILIOWO CZEKOLADOWE

1 szklanka cukru
1 kostka miękkiego masła
1 jajko
2 łyżeczki cukru waniliowego
2 szklanki mąki (i trochę na zapas)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 szczypta soli
pół tabliczki gorzkiej czekolady

- Zarobić ciasto ze wszystkiego z wyjątkiem czekolady. Gdyby zdawało się bardzo luźne, można dać ciut więcej mąki lub mniej masła. (U mnie jest zimno więc rozpuszczam masło przed dodaniem do takiego ciasta.)
- Podzielić ciasto na dwie części i do jednej dodać stopioną czekoladę. Mocno wyrobić, i odłożyć na co najmniej 2 godziny w chłodne miejsce.
- Obie części ciasta rozwałkować podsypując jak najmniej mąki (najlepiej nie podsypywać wcale). Nie jest to łatwe, bo ciasto jest dość kleiste.
- Położyć ciasto waniliowe na czekoladowym lub odwrotnie (można zrobić jedną partię ciasteczek z wierzchu ciemnych, a drugą jasną), przyklepać dobrze i starannie, ciasno zwinąć. Tak przygotowane wałeczki znów odłożyć do chłodu, żeby stwardniały.
- Pokroić wałki na plasterki grubości 0,5 cm i upiec w 190 stopniach (ok. 10 minut, nie powinny się zrumienić). Blachę wystarczy wyłożyć folią aluminiową.
- Resztki ciasta można jeszcze porozdzielać i upiec inaczej pozlepiane. W książce "Ciasteczka" wydanej w 1993 (nie ma autora) w serii "Kuchnie z czterech stron świata", w której znalazłam ten przepis, ciasteczka nazywają się "niedźwiadki" i mają odpowiednią formę: misiów ulepionych z kulek ciasta.

piątek, 19 lutego 2010

Orzechowe rogaliczki - najlepsze jakie jadłam

Jak się ma dobry układ ze swoją teściową, to czasem można ją namówić, żeby wyjęła swój tajemniczy kajecik z tajemniczymi, nie wiadomo skąd pochodzącymi przepisami. I wtedy dowiadujemy się na przykład, jak się robi przepyszne, rozpływające się w ustach, maślano - orzechowe ciasteczka w kształcie maciupeńkich rogalików. Rewelacja!

ROGALIKI ORZECHOWE
orzechowe ciasteczka
20 dkg masła
8 dkg cukru pudru
28 dkg mąki
1 żółtko
10 dkg zmielonych orzechów... i tu jest wybór, bo Mama mojego męża robi z leszczyny tureckiej, a ja wolę z włoskich.

Zarobić ciasto ze wszystkich składników, dać mu dobrze odpocząć (owinąć w woreczek i położyć w chłodzie na 1-12 godzin), odrywać kawałeczki, toczyć wałki, z których po zagięciu wychodzą rogaliki - okropna robota Komu nie wychodzi lepienie, niech trochę więcej mąki doda, albo oleje "starożytny" kształt i ulepi kuleczki. Ciasteczka trzeba piec krótko w dość gorącym piekarniku. Ja piekę na blasze wyłożonej folią aluminiową (nie ma mycia, nie ma smarowania blachy) ok. 10-13 min w temperaturze 180-190 stopni.
Kto chce, może ciasteczka polukrować; będą daleko wykwintniejsze, tak właśnie robi Mama mojego męża i takie jadłam pierwszy raz. Moje są nielukrowane, bardziej przypieczone, bo takie wolę i mąki starałam się już przy lepieniu nie podsypywać, żeby nie "rozcieńczyć" orzechowego smaku.
Następnym razem spróbuję jakie są z orzechów laskowych lub ziemnych




czwartek, 18 lutego 2010

Optymalna przekąska

optymalna przekąska
Dieta optymalna dr. Jana Kwaśniewskiego i dieta Atkinsa tym różnią się od innych metod żywienia i odchudzania opartych na proteinach, że zezwalają na spożywanie większych ilości tłuszczu. W diecie optymalnej ważne są proporcje białko - tłuszcz - węglowodany. Metoda dr. Roberta C. Atkinsa jest prostsza: liczy się tylko węglowodany. Obie są bardzo skuteczne pod warunkiem rygorystycznego unikania cukrów i alkoholu.
Prezentuję najprostszą optymalną i nie zawierającą węglowodanów przekąskę - smażony, niezbyt tłusty boczek. Cienkie plasterki trzeba powolutku z obu stron zrumienić na patelni, odsączyć nadmiar smalcu i schrupać z niewielkim dodatkiem warzyw (żadnego pieczywa!). U mnie akurat cykoria i świeże chili - jedzone z tłuszczem nie piecze! Świetne drugie śniadanie, które syci na długo lub kolacja, która zjedzona wczesnym wieczorem pozwoli przetrwać całą noc.

wtorek, 16 lutego 2010

Konkurs!


Super! Biorę udział w konkursie, w którym mogę wygrać te śliczne przyprawy, co są na zdjęciu obok. Jeszcze nie wiem, co z nimi zrobię, ale mogę je MIEĆ. Uwielbiam mieć różne dziwności w kuchni :D
Konkurs ogłosiły dziewczyny z Sumy Wszystkich Smaków. Zasady konkursu są tutaj "klik". Też możecie się przyłączyć!

Kuchnia japońska dla Polaków - odcinek 6


Będzie to kolejny odcinek z cyklu "nie dajmy się zwariować modzie (także kulinarnej)". Nie wiem, jak smakuje japońska rzodkiew - daikon. Ale obserwując na filmach jej kształt, kolor, strukturę i konsystencję przy krojeniu, dochodzę do wniosku, ze naprawdę niewiele się różni od sprzedawanych u nas powszechnie "sopli lodu". Pojęcia nie mam o japońskich piklach i marynatach. A jedyną wskazówką do wykonania prezentowanej dziś potrawy był dla mnie przepis z gry symulacyjnej Harvest Moon (występuje we wszystkich licznych częściach tej gry, więc chyba musi być dla Japończyków daniem podstawowym). W angielskim tłumaczeniu przepis wyglądał tak: Picled turnip - turnip + vinegar (If you want, you can add also sugar, salt and soy sos) - czy coś takiego ;D
Nie nazywałabym się Muscat Kłopotliwa, gdybym pewnego razu nie spróbowała. Potraktowałam poczciwe warzywo zalewą, podobną jak do ogórków, tylko bez przypraw, ponieważ wiem, że Japonki ich nie używają. Zalewa zawierała wyłącznie wodę, ocet, sól i cukier. Nie pamiętam już proporcji niestety, ale każdy może sobie poeksperymentować. Zalałam surowy korzonek wrzącą zalewą i zakręciłam słoik na kilka tygodni stania w szafce.
Efekt bardzo ciekawy: przede wszystkim rzodkiew ani trochę nie straciła jędrności, jest chrupiąca. Kolor zmienił się na beżowy. Kupne oshinko (marynowane rzodkwie japońskie) mają kolor żółty, może producenci dodają kurkumy?). Z wyglądu przypomina to, co widać na zdjęciach w Internecie. Smak kwaśny (trochę mało słona mi wyszła), zapach... okropny ;) Niestety jako warzywo zawierające dużo siarki (to zdrowo!!!), przetworzona rzodkiew ma zapach kapuściano zgniły i należy przyjąć to do wiadomości.

Co do podobieństwa smaku do oryginału, to mówiła mi siostra, która kiedyś kupiła taki woreczkowany daikon że smakuje podobnie. Jeśli chodzi o zastosowanie, to jadłyśmy ją w sushi, dodawałam też jako sałatkę zarówno do orientalnych jak i polskich obiadów i na kanapki.
Sądzę, że nie należy dodawać dużo octu do marynaty, a dodatki japońskie, jak kombu czy sake mogłyby moją rzodkiewkę bardziej uprawdopodobnić jako daikon czy tam oshinko :) Poza tym te japońskie pikle marynuje się znacznie krócej, czasem nawet tylko kilka godzin. Natomiast moja rzodkiew wytrzymuje w tym stanie bardzo długo i zupełnie nie zmienia konsystencji; staje się tylko coraz kwaśniejsza, a nieciekawy zapach zanika (albo ja się przyzwyczajam ;D ).
Toteż wszystkich, nie mających pod ręką sklepu z orientalną żywnością, albo kupy pieniędzy do zmarnowania (pierońsko drogo jest w tych sklepach), zachęcam do tanich i ciekawych eksperymentów z kuchnią Wschodu!
Bardzo proszę też o komentarze wszystkich, którzy mają osobiste doświadczenia ze smakiem oryginalnej potrawy i w ogóle kuchnią japońską.

niedziela, 14 lutego 2010

Walentynki

Moje trzy grosze a propos niezgodnego z polską tradycją święta, które cieszy tylko handlowców.
Sądzę, że jak się kocha, to oczywiście każdy dzień jest dobry do okazania miłości, lecz dobrze jest, od czasu do czasu, to świętować. Dlatego ludzie obchodzą rocznice ślubów, urodziny najbliższych, Dzień Matki, Babci czy Dziecka. Świętowanie jest potrzebą społeczną człowieka.
Zrozumiałe, że osoby samotne mogą się poczuć w takim dniu jeszcze bardziej osamotnione Nie musi jednak tak być. Kiedy byłam sama, życzyłam sobie w dniu św. Walentego, żeby mnie kiedyś spotkała miłość i starałam się brać udział w rozrywkach grupowych, jeśli mnie zapraszano. Dzisiaj już nie jestem sama; otacza i wypełnia mnie miłość. I nie wstydzę się tego powiedzieć
Owszem, Walentynki nie są tradycją polską. I co z tego? Choinka bożonarodzeniowa i zając wielkanocny też nie (jedno i drugie wzięliśmy od Niemców na pocz. XX w). Tak już jest, że kultury i obyczaje przenikają się. Źle Wam z tym, to siedźcie w chałupach bez prądu i diabelskiego Internetu, nie uczcie się języków obcych, nie wyjeżdżajcie do obcych krajów, a jak już wyjedziecie to chodźcie w strojach regionalnych i regionalnych nakryciach głowy, żeby wszyscy widzieli, że nie dacie się zasymilować. I broń Boże nie jedzcie tych ich cudzoziemskich potraw!!!

Dla mnie cały miniony weekend był pretekstem, żeby kulinarnie porozpieszczać mojego męża: jego ulubione potrawy i dodatki, napoje i słodycze, trochę fantazji w dekorowaniu, niecodzienne formy - przyrządzanie tego wszystkiego sprawiło mi radość. I jeszcze mogę pochwalić się na blogu
A serduszka haftowane krzyżykami to dzieło Diwiny; kiedyś dostałam w prezencie i motyw okazał się na Walentynki niezwykle użyteczny. Przy okazji kiedyś pokażę jeszcze inne jej prace, które są obecnie moją własnością, bo talent trzeba promować.