piątek, 19 lutego 2010

Orzechowe rogaliczki - najlepsze jakie jadłam

Jak się ma dobry układ ze swoją teściową, to czasem można ją namówić, żeby wyjęła swój tajemniczy kajecik z tajemniczymi, nie wiadomo skąd pochodzącymi przepisami. I wtedy dowiadujemy się na przykład, jak się robi przepyszne, rozpływające się w ustach, maślano - orzechowe ciasteczka w kształcie maciupeńkich rogalików. Rewelacja!

ROGALIKI ORZECHOWE
orzechowe ciasteczka
20 dkg masła
8 dkg cukru pudru
28 dkg mąki
1 żółtko
10 dkg zmielonych orzechów... i tu jest wybór, bo Mama mojego męża robi z leszczyny tureckiej, a ja wolę z włoskich.

Zarobić ciasto ze wszystkich składników, dać mu dobrze odpocząć (owinąć w woreczek i położyć w chłodzie na 1-12 godzin), odrywać kawałeczki, toczyć wałki, z których po zagięciu wychodzą rogaliki - okropna robota Komu nie wychodzi lepienie, niech trochę więcej mąki doda, albo oleje "starożytny" kształt i ulepi kuleczki. Ciasteczka trzeba piec krótko w dość gorącym piekarniku. Ja piekę na blasze wyłożonej folią aluminiową (nie ma mycia, nie ma smarowania blachy) ok. 10-13 min w temperaturze 180-190 stopni.
Kto chce, może ciasteczka polukrować; będą daleko wykwintniejsze, tak właśnie robi Mama mojego męża i takie jadłam pierwszy raz. Moje są nielukrowane, bardziej przypieczone, bo takie wolę i mąki starałam się już przy lepieniu nie podsypywać, żeby nie "rozcieńczyć" orzechowego smaku.
Następnym razem spróbuję jakie są z orzechów laskowych lub ziemnych




czwartek, 18 lutego 2010

Optymalna przekąska

optymalna przekąska
Dieta optymalna dr. Jana Kwaśniewskiego i dieta Atkinsa tym różnią się od innych metod żywienia i odchudzania opartych na proteinach, że zezwalają na spożywanie większych ilości tłuszczu. W diecie optymalnej ważne są proporcje białko - tłuszcz - węglowodany. Metoda dr. Roberta C. Atkinsa jest prostsza: liczy się tylko węglowodany. Obie są bardzo skuteczne pod warunkiem rygorystycznego unikania cukrów i alkoholu.
Prezentuję najprostszą optymalną i nie zawierającą węglowodanów przekąskę - smażony, niezbyt tłusty boczek. Cienkie plasterki trzeba powolutku z obu stron zrumienić na patelni, odsączyć nadmiar smalcu i schrupać z niewielkim dodatkiem warzyw (żadnego pieczywa!). U mnie akurat cykoria i świeże chili - jedzone z tłuszczem nie piecze! Świetne drugie śniadanie, które syci na długo lub kolacja, która zjedzona wczesnym wieczorem pozwoli przetrwać całą noc.

wtorek, 16 lutego 2010

Konkurs!


Super! Biorę udział w konkursie, w którym mogę wygrać te śliczne przyprawy, co są na zdjęciu obok. Jeszcze nie wiem, co z nimi zrobię, ale mogę je MIEĆ. Uwielbiam mieć różne dziwności w kuchni :D
Konkurs ogłosiły dziewczyny z Sumy Wszystkich Smaków. Zasady konkursu są tutaj "klik". Też możecie się przyłączyć!

Kuchnia japońska dla Polaków - odcinek 6


Będzie to kolejny odcinek z cyklu "nie dajmy się zwariować modzie (także kulinarnej)". Nie wiem, jak smakuje japońska rzodkiew - daikon. Ale obserwując na filmach jej kształt, kolor, strukturę i konsystencję przy krojeniu, dochodzę do wniosku, ze naprawdę niewiele się różni od sprzedawanych u nas powszechnie "sopli lodu". Pojęcia nie mam o japońskich piklach i marynatach. A jedyną wskazówką do wykonania prezentowanej dziś potrawy był dla mnie przepis z gry symulacyjnej Harvest Moon (występuje we wszystkich licznych częściach tej gry, więc chyba musi być dla Japończyków daniem podstawowym). W angielskim tłumaczeniu przepis wyglądał tak: Picled turnip - turnip + vinegar (If you want, you can add also sugar, salt and soy sos) - czy coś takiego ;D
Nie nazywałabym się Muscat Kłopotliwa, gdybym pewnego razu nie spróbowała. Potraktowałam poczciwe warzywo zalewą, podobną jak do ogórków, tylko bez przypraw, ponieważ wiem, że Japonki ich nie używają. Zalewa zawierała wyłącznie wodę, ocet, sól i cukier. Nie pamiętam już proporcji niestety, ale każdy może sobie poeksperymentować. Zalałam surowy korzonek wrzącą zalewą i zakręciłam słoik na kilka tygodni stania w szafce.
Efekt bardzo ciekawy: przede wszystkim rzodkiew ani trochę nie straciła jędrności, jest chrupiąca. Kolor zmienił się na beżowy. Kupne oshinko (marynowane rzodkwie japońskie) mają kolor żółty, może producenci dodają kurkumy?). Z wyglądu przypomina to, co widać na zdjęciach w Internecie. Smak kwaśny (trochę mało słona mi wyszła), zapach... okropny ;) Niestety jako warzywo zawierające dużo siarki (to zdrowo!!!), przetworzona rzodkiew ma zapach kapuściano zgniły i należy przyjąć to do wiadomości.

Co do podobieństwa smaku do oryginału, to mówiła mi siostra, która kiedyś kupiła taki woreczkowany daikon że smakuje podobnie. Jeśli chodzi o zastosowanie, to jadłyśmy ją w sushi, dodawałam też jako sałatkę zarówno do orientalnych jak i polskich obiadów i na kanapki.
Sądzę, że nie należy dodawać dużo octu do marynaty, a dodatki japońskie, jak kombu czy sake mogłyby moją rzodkiewkę bardziej uprawdopodobnić jako daikon czy tam oshinko :) Poza tym te japońskie pikle marynuje się znacznie krócej, czasem nawet tylko kilka godzin. Natomiast moja rzodkiew wytrzymuje w tym stanie bardzo długo i zupełnie nie zmienia konsystencji; staje się tylko coraz kwaśniejsza, a nieciekawy zapach zanika (albo ja się przyzwyczajam ;D ).
Toteż wszystkich, nie mających pod ręką sklepu z orientalną żywnością, albo kupy pieniędzy do zmarnowania (pierońsko drogo jest w tych sklepach), zachęcam do tanich i ciekawych eksperymentów z kuchnią Wschodu!
Bardzo proszę też o komentarze wszystkich, którzy mają osobiste doświadczenia ze smakiem oryginalnej potrawy i w ogóle kuchnią japońską.

niedziela, 14 lutego 2010

Walentynki

Moje trzy grosze a propos niezgodnego z polską tradycją święta, które cieszy tylko handlowców.
Sądzę, że jak się kocha, to oczywiście każdy dzień jest dobry do okazania miłości, lecz dobrze jest, od czasu do czasu, to świętować. Dlatego ludzie obchodzą rocznice ślubów, urodziny najbliższych, Dzień Matki, Babci czy Dziecka. Świętowanie jest potrzebą społeczną człowieka.
Zrozumiałe, że osoby samotne mogą się poczuć w takim dniu jeszcze bardziej osamotnione Nie musi jednak tak być. Kiedy byłam sama, życzyłam sobie w dniu św. Walentego, żeby mnie kiedyś spotkała miłość i starałam się brać udział w rozrywkach grupowych, jeśli mnie zapraszano. Dzisiaj już nie jestem sama; otacza i wypełnia mnie miłość. I nie wstydzę się tego powiedzieć
Owszem, Walentynki nie są tradycją polską. I co z tego? Choinka bożonarodzeniowa i zając wielkanocny też nie (jedno i drugie wzięliśmy od Niemców na pocz. XX w). Tak już jest, że kultury i obyczaje przenikają się. Źle Wam z tym, to siedźcie w chałupach bez prądu i diabelskiego Internetu, nie uczcie się języków obcych, nie wyjeżdżajcie do obcych krajów, a jak już wyjedziecie to chodźcie w strojach regionalnych i regionalnych nakryciach głowy, żeby wszyscy widzieli, że nie dacie się zasymilować. I broń Boże nie jedzcie tych ich cudzoziemskich potraw!!!

Dla mnie cały miniony weekend był pretekstem, żeby kulinarnie porozpieszczać mojego męża: jego ulubione potrawy i dodatki, napoje i słodycze, trochę fantazji w dekorowaniu, niecodzienne formy - przyrządzanie tego wszystkiego sprawiło mi radość. I jeszcze mogę pochwalić się na blogu
A serduszka haftowane krzyżykami to dzieło Diwiny; kiedyś dostałam w prezencie i motyw okazał się na Walentynki niezwykle użyteczny. Przy okazji kiedyś pokażę jeszcze inne jej prace, które są obecnie moją własnością, bo talent trzeba promować.

sobota, 13 lutego 2010

Coś słodkiego - deser Serce Goblina


Mój luby ponad wszystkie desery przedkłada galaretkę. W każdym smaku. Żaden problem. Nasze dziecko też lubi, ja - umiarkowanie. Ale kiedy nauczyłam się od Mamy mojego męża miksować galaretkę z mlekiem skondensowanym w przepyszną piankę, to jadam ją bardzo chętnie, choć w niewielkich ilościach. Na walentynkową okazję nie może zabraknąć w naszym domu ulubionych deserów.
Jeszcze lepsza jest galaretka zmiksowana z ubitą śmietanką, albo słodka pianka waniliowa. A najlepsze to wszystko razem! I jeszcze z odrobiną serca!
Nauczyliśmy się nazywać pewne odcienie zieleni kolorem "goblińskim" - takie małe zboczenie miłośników klimatu Warhammera i twórców konwentu o nazwie "Goblikon". Więc w momencie, kiedy zobaczyłam ten odcień galaretki, nazwa deseru wymyśliła się sama.

SERCE GOBLINA

Przede wszystkim potrzebna jest malutka foremeczka do ciasteczek w kształcie serca.
1 opakowanie galaretki agrestowej
1 szklanka śmietanki 30% tłuszczu
1/3 szklanki słodzonego mleka skondensowanego
1 łyżeczka żelatyny
1 i 1/3 szklanki wrzątku
odrobinę ziarenek z wnętrza laski wanilii lub 1/2 łyżeczki cukru wanilinowego

Rozpuszczamy galaretkę w 1 szklance wrzątku i niewielką jej część wylewamy na płaski talerz, a połowę z pozostałej - do przezroczystych pucharków lub szklanek. Kiedy zastygnie, z galaretki na talerzu wycinamy foremką serca, usuwamy zbędne fragmenty galaretki i dorzucamy je do garnuszka z resztką. Delikatnie podważając palcem serduszka z talerza należy przenieść i nakleić na szkło tuż nad powierzchnią zastygniętej galaretki. Kilka może zostać do dekoracji powierzchni deseru.
Następnie leciutko podgrzewamy resztkę galaretki do rozpuszczenia (bo przecież też już się ścięła). Ubijamy pół szklanki śmietanki, dolewamy galaretkę i ubijamy jeszcze trochę. Wlewamy do pucharków.

Teraz trzeba przygotować jeszcze galaretkę waniliową. Żelatynę rozpuszczamy w 1/3 szklanki wrzątku i studzimy. Ubijamy drugie pół szklanki kremówki, dodajemy słodzone mleko (zamiast tego można więcej śmietany i kilka łyżeczek cukru), wanilię lub wanilinę oraz rozpuszczoną żelatynę i po dokładnym ubiciu wlewamy do pucharków. Od razu możemy na wierzch położyć odłożone wcześniej serca, jeśli się trochę zagłębią w piance waniliowej to też dobrze.
Wrażenia smakowe są ciekawe: kwaśna agrestowa galaretka orzeźwia usta po słodziutkim kremie waniliowym.
Jestem pewna, że deser będzie równie smaczny z każdego koloru galaretki, ale wtedy trzeba go inaczej nazwać ;)



piątek, 12 lutego 2010

Ugotuj to, co on/ona lubi!


Trudno sobie wyobrazić mniej romantyczną i sprzyjającą randkowym sytuacjom potrawę niż fasola. Mimo to zamierzam zapisać do walentynkowej akcji moją, trochę inspirowaną kuchnią wedyjską*, a trochę śląską, fasolę w słodkim śliwkowym sosie. Dlaczego?
Zapewne zupełnie inne zasady rządzą gotowaniem dla kogoś, kogo chce się uwieść, inne w młodym małżeństwie, kiedy się ludzie dogadują dopiero (co kto lubi, jakie tradycje i przyzwyczajenia z domu wyniósł), a kompletnie inaczej jest, gdy się kogoś zna 10 i więcej lat ;) Dlatego moim hasłem dla żon (mężów? itd.?) o długim stażu jest "Ugotuj mu to, co on lubi". A mój mąż uwielbia fasolę jaś i to właśnie na słodko. Wystarczy mu becok* na sypko wymieszany z gęstą śmietaną i cukrem, ale dla mnie to było za mało wyrafinowane...

FASOLA JAGANNATHA*
1/2 kilograma wymoczonej fasoli (obojętnie jakiej, ale wielkie jaśki wyglądają dobrze i mają tę "sypkość" wewnątrz)
woda, sól, 2 liście laurowe do gotowania
a do sosu: puszka mleka kokosowego, szklanka niesłodzonego przecieru ze śliwek węgierek (lub powideł, lecz wtedy nie trzeba słodzić!), 1 łyżka świeżo startego korzenia imbiru, 1/2 łyżeczki asafetidy (niekoniecznie), 2 łyżki brązowego cukru, 2 łyżki melasy (niekoniecznie), korzenne przyprawy jakie kto lubi, po odrobinie (u mnie: szczypta mielonych goździków, łyżeczka garam masali), 1/2 łyżeczki suszonego tymianku, łyżeczka czarnej gorczycy (niekoniecznie), łyżka wiórków kokosowych do zagęszczenia sosu (niekoniecznie).

Ugotować fasolę do miękkości w dobrze osolonej wodzie. Wody powinno być tyle, żeby na 2 palce zakrywała fasolę w garnku, a ile gotować, to zależy od rodzaju fasoli i stopnia jej wymoczenia. Chodzi o to, żeby się ziarna nie rozpadały, lecz jeszcze potem mogły się pogotować w sosie.
Ugotowaną fasolę odcedzić; można zachować trochę płynu do rozrzedzania sosu. Z puszki mleka kokosowego wybrać gęste i tłuste z wierzchu, wrzucić do czystego garnka i rozgrzać jak każdy tłuszcz. Jeśli używamy czarnej gorczycy to teraz należy ją wrzucić na tłuszcz, przykryć i poczekać aż się "wystrzela". Następnie wrzucić tarty imbir, przyprawy i fasolę, wymieszać i dodać resztę mleka kokosowego, przecier śliwkowy lub mało słodkie powidła, ewentualnie cukier, melasę i asafetidę. Gotować 20 - 30 minut na małym ogniu, często mieszając, bo ma skłonność do przypalania się. Jeśli za bardzo gęstnieje - dodać płynu odcedzonego z gotowania fasoli, jeśli pod koniec gotowania sos wydaje nam się za rzadki, można go zagęścić kokosem.
Taka fasola jest świetnym dodatkiem zarówno do mięs, jak i do zestawów wegetariańskich. Można zjeść osobno. Świetnie się przechowuje zawekowana w słoikach lub mrożona, dlatego warto zrobić więcej, na zapas.

*kuchnia wedyjska, inaczej kuchnia braminów, to odmiana wegetariańskiej kuchni indyjskiej, w której nie używa się "roślin, których korzeń dotyka bezpośrednio części jadalnej" (np. cebula, grzyby), czosnku i octu (gdyż "budzą cechy pasji i ignorancji"), jajek i żadnego mięsa (nawet owoców morza). Stosuje się natomiast produkty mleczne pod warunkiem humanitarnego traktowania bydła oraz świeże, ekologicznie uprawiane zboża, rośliny strączkowe i większość warzyw. Ten sposób gotowania rozpowszechniają na świecie wyznawcy Kriszny, różniący się tym od ortodoksyjnych hinduistów (braminów), że nawracają na swoją religię ludzi wszystkich ras i narodowości, nie uznając systemu kastowego; są, można powiedzieć, ekumeniczni. To oczywiście w daleko idącym skrócie i uproszczeniu; nie jestem religioznawcą, ani kulturoznawcą.
*becok to śląska nazwa fasoli
*Pan Jagannatha to jedna z postaci Kriszny, któremu bhaktowie (wyznawcy) ofiarowują słodką zupę z ciecierzycy będącą dla mnie inspiracją do ugotowania fasoli na słodko.
Wszystkie informacje o kulturze bhaktów Kriszny pochodzą z książki "Kuchnia Kryszny".